Bede grau w gre
#gry wideo#fallout#postapo#rpg
Posted on 8.06.2024

Tak, jestem graczem. Może nie jakimś typem hardcorowego gamera, ale casualem też bym się nie nazwał. Ot, cytując klasyka, lubię.
Podpinając się nieco pod (gasnący już nieco) hype wywołany rewelacyjnym serialem Fallout od Amazonu chciałbym podzielić się moimi doświadczeniami z tą serią. Serią, która zdecydowanie od lat (a w zasadzie to już od dekad) jest moją ulubioną franczyzą ze świata gier.

Z Falloutem po raz pierwszy zetknąłem się we wrześniu 1999 roku. Dobrze widzicie. W tym roku minie dwadzieścia pięć lat mojej przygody z tą serią. A zaczęło się niepozornie, od pełnej wersji dołączonej do CD Action.
Swoją drogą płytę z grą mam do dzisiaj. I dokładnie w tym momencie z niej korzystam, bo robi mi za podkładkę pod kubek 😉

Dzieciak na pustkowiach Zachodniego Wybrzeża
Wracając do Fallouta - pierwsze odpalenie tytułu okazało się miłością od pierwszego wejrzenia. Był to nie tylko mój pierwszy kontakt z serią, ale także pierwsze spotkanie z grami RPG. Które to także do dziś są moim ulubionym gatunkiem.
Gra była mocna, brutalna i wypełniona beznadzieją - szczególnie z perspektywy dwunastolatka. Świat po zagładzie, w którym resztki ludzkości starają się zacząć od nowa - nieustannie powtarzając stare błędy. Coś pięknego!
Chciałbym powiedzieć, że rozgrywka mnie wręcz pochłonęła. Że wgryzłem się w historię i rozkładałem fabułę na części pierwsze. Naprawdę bardzo bym chciał.
Prawda niestety była inna. Moje spotkania z Falloutem były rozłożone na wiele krótkich, aczkolwiek intensywnych sesji. Najgorsze było to, że praktycznie za każdym razem zaczynałem od początku. Dlaczego? Banał. Wiem, że dziś może się to zdawać niedorzeczne, ale... nie miałem komputera. Nie, nie chodzi o to, że nie miałem własnego blaszaka, ale że w moim domu nie posiadaliśmy PeCeta.

Nie przeszkadzało mi to za bardzo. Starałem się dowiadywać jak najwięcej o świecie Fallouta - wówczas oznaczało to głównie prasę gameingową oraz fanziny na dołączonych do czasopism płytach (łza się w oku kręci na wspomnienie Trzynastego Schronu). Pamiętam, że miałem też dokupiony do wydania głównego numer Action Plus, zawierający instrukcję do Fallouta.
W kwestii możliwości obcowania z pustkowiami post-apokaliptycznej Ameryki niewiele się zmieniło przez kolejny rok. Aczkolwiek nie było to argumentem, żeby odpuścić, kiedy w lipcu 2000 roku CDA dołączyło do magazynu pełną wersję Fallouta 2.
Scenariusz niezmienny. Płyta z grą wędrowała od napędu do napędu, ilekroć trafiałem do kogoś, kto miał kompa i był w stanie go użyczyć. Krótkie, intensywne sesje i znajomość pierwszych lokacji na pamięć - co do piksela.

Świat się zmienia
Coraz popularniejszy staje się Internet. Nadal nie jest to coś ogólnodostępnego i taniego - ale powoli wgryza się w świadomość ludzi przełomu tysiącleci. Jeszcze kilka lat wcześniej sieć była wyłącznie na użytek akademicki, a teraz? Pierwsza polska poczta internetowa, debiut pierwszych sklepów i portali. I dostęp do ogromnej bazy wiedzy - w tym wiedzy o Falloucie.
Nie ukrywajmy, dla przeciętnego Kowalskiego istniejące wówczas połączenie internetowe było niedorzecznie drogie i niepraktyczne. Człowiek łączył się za pomocą modemu telefonicznego - co jednocześnie blokowało telefon, więc jeśli ktoś z domowników korzystał z sieci, to nikt nie mógł rozmawiać przez telefon. I odwrotnie - jeśli akurat dzwoniła ciocia Stasia z Gdańska, to o połączeniu z netem można było zapomnieć (choć pewnie nie dzwoniła na długo, bo połączenia międzymiastowe były niedorzecznie drogie).
Ale były kafejki - czyli kawiarenki internetowe, gdzie najważniejszym towarem nie było espresso, ale okno na świat. Człowiek mógł tam spotkać niesamowicie zróżnicowane persony - od studentów, szukających materiałów do nauki, poprzez fanów coraz popularniejszych gier sieciowych, skończywszy na czerwonych z przejęcia nastolatkach, którzy rozglądając się nerwowo przez ramię usiłowali niepostrzeżenie zapakować na dyskietkę jak najwięcej zdjęć nienachalnie ubranych pań. Oraz ja, usiłujący znaleźć coś nowego o Falloucie.

A miało być pięknie...
Nadszedł rok 2001, a wraz z nim wiadomość - Fallout doczeka się nowej odsłony! Ale radość mieszała się z obawą. Tactics - bo taki tytuł miała otrzymać nowa odsłona - zrywał z tradycją serii. To już nie RPG, ale gra taktyczna z jedynie elementami eRPeGa.
I cały czas ta nieznośna świadomość, że choćby Fallout Tactics okazał się grą tysiąclecia - to i tak nieprędko poznam cokolwiek, poza początkowymi lokacjami...
Finalnie taktyczna odsłona Fallouta przedstawiająca historię kultowego Bractwa Stali została przyjęta dość... nijako. Trudno mi dziś powiedzieć dlaczego. Fakt, nie jest łatwo zrobić dobrą grę taktyczną. A do takiego Jagged Alliance 2 Tacticsowi sporo brakowało. Może właśnie to było problemem? RPG w świecie Fallouta były już klasykami gatunku, a tymczasem Fallout Tactics był zwyczajnie... w porządku? Nie był grą taktyczną na miarę JA2, nie był eRPeGiem na miarę Fallouta. Ot, był. Grało się przyjemnie (o czym przekonałem się dopiero kilka lat po premierze), ale to okazało się zdecydowanie zbyt mało w porównaniu do oczekiwań zarówno graczy, jak i recenzentów.

Zapomniana miłość
Czas płynął, a ja coraz mniej zajmowałem się Falloutem. Nie, nie dlatego, że z jakiegoś powodu wykreowany przez Interplay i Black Isle świat przestał mi się podobać. Bynajmniej. Jednak mając trzynaście lat trudno nieustannie zgłębiać jeden temat - szczególnie przy dość ograniczonym dostępie do źródeł. Do tego nic nie wskazywało, żeby w moim domu miał się pojawić komputer. A ileż można wsiąkać w świat, którego nawet nie bardzo jest jak doświadczyć.
Pojawiło się mnóstwo innych rzeczy na horyzoncie. Mniej-więcej właśnie w tamtym okresie zacząłem się interesować HTML-em (tak, wiem - kolejne kuriozum, zainteresowanie HTML-em bez Internetu i komputera - co może pójść nie tak?).
Aż w końcu nadszedł rok 2003...
Jasne, że to do nauki, mamo!
Moja edukacja w szkole podstawowej dobiegła końca. Wiadomo przecież, że gimnazjum to nie przelewki! No dobra, może jeszcze wtedy nie do końca było o gimnazjum wiadomo cokolwiek, bo miałem ten przywilej bycia drugim rocznikiem królików doświadczalnych. W sumie tym lepiej - zasadniczo był to zatem krok w nieznane! Należało się zatem dobrze do tego kroku przygotować i zmaksymalizować swoje szanse na dobre efekty.
A cóż było kluczowe, żeby gimnazjalista osiągnął sukces? Komputer, oczywiście!
Tak, po latach otrzymałem obietnicę, że dostanę własnego blaszaka. Nie udało się niestety wyrobić na początek roku szkolnego, ale sprzęt trafił w moje ręce jeszcze w tym roku. Do dziś pamiętam datę - 19 grudnia. I pamiętam, że był całkiem niezły - kupiony z słusznym założeniem, że lepiej zainwestować na początku, ale żeby posłużył na lata (spojler - posłużył do 2007).
Uwaga, bo tutaj pojawią się elementy specyfikacji. Wspomniałem wcześniej, że to był mocny sprzęt, dlatego uprzedzam - osoby przed trzydziestką, proszę odstawić na chwilę jedzenie i napoje. Niezastosowanie się może skutkować opluciem wyświetlacza.
Komputer miał najnowszy system - (nie)sławny Windows Millenium. Maszyna była napędzana procesorem od AMD - nie pamiętam teraz, jaki dokładnie model. Grafika - niestety zintegrowana. Za to zazdrość wzbudzały pamięci - zarówno RAM, jak i dysk twardy. W obu przypadkach byłem klasowym liderem. Nikt spośród znajomych nie mógł się wówczas pochwalić aż 512MB RAM i przepastnym 30GB HDD. Do tego napęd CD i stacja dyskietek - czego chcieć więcej?
Dobrze, miałem komputer. Wymarzony i upragniony. Należało się w takim razie wziąć za naukę, prawda? Prawda, dlatego bez zbędnej zwłoki wsunąłem do napędu płytę z pierwszym Falloutem.

Dalej, ku przygodzie!
Wsiąkłem, cóż mogę powiedzieć. Pomimo niezliczonej ilości rozpoczętych gier oraz przeczytaniu tony materiałów - gra była niezwykle chaotyczna, punkty w SPECIAL poszły bardzo losowo (poza zwinnością, która szła na maksa, żeby mieć 10PA), umiejętności rozdzielałem bez większego pomysłu. Nie muszę chyba dodawać, że gry to raczej nie ułatwiało. Nadal pamiętam, jakie emocje powodowała walka z Mistrzem. Jak człowiek nerwowo śledził licznik uciekając z Katedry. Oraz cios, jaki czekał na bohatera po powrocie do domu...
Nikogo nie zaskoczę, jak powiem, że kolejny na tapet poszedł Fallout 2.
Chociaż moja przyjaciółka nostalgia domaga się w miarę szczegółowego opisu rozgrywki poprzestaną na stwierdzeniu, że także było epicko. Rewelacyjna fabuła, sprawdzona mechanika oraz brak największego mankamentu jedynki - czyli limitu czasowego. Tak, wiem - wspomniana już nostalgia może znacznie wykrzywiać wspomnienia, ale gra była bliska ideałowi.
Na chwilę wróciłem do zgromadzonych wcześniej materiałów o Falloucie, dodatkowo wpadł mi w ręce podręcznik do falloutowej gry fabularnej, czyli Fallout Pen and Paper (w którą nie miałem z kim grać, ale podręcznik i tak przeczytałem).

Nie samym Falloutem żyje człowiek
To nie jest tak, że miałem tylko tego jednego Fallouta i katowałem go w kółko. Moja ówczesna biblioteka była dość różnorodna - głównie dzięki pełnym wersjom z czasopism, Kolekcji Klasyki (zapraszam i polecam) oraz... nieautoryzowanym kopiom. W sensie piratom...
Nie ma się co obrażać - czasy były takie, a nie inne. Jako społeczeństwo dopiero uczyliśmy się nie tylko świata cyfrowego, ale także pewnych postaw dawno już znanych ludziom zza żelaznej kurtyny. Pomimo, że Polska wyszła spod z kręgu sowieckiej kontroli kilkanaście lat wcześniej, to nadal wiele spraw było niepojętych. Instytucja własności intelektualnej była czystą abstrakcją. Wątpliwego pochodzenia - a niekiedy i wątpliwej jakości - kopie albumów muzycznych, filmów czy gier właśnie były codziennością. Jeszcze niedawno dostępne głównie na tak zwanych giełdach wraz z popularyzacją nagrywarek (czy tam wypalarek) płyt CD/DVD zaczęły być tworzone masowo. Pamiętam, że w klasie była zasada, że płytę pożyczało się tylko osobom, które takiego sprzętu nie miały. Ci musieli za wypożyczenie wyłożyć dyszkę. Bo wiadomym było, że sami zaraz puszczą w świat kolejne kopie. I nie będą robić tego za darmo.
Ja nagrywarkę DVD do mojego sprzętu dokupiłem (taaa... ja... bądźmy szczerzy, mama mi kupiła) dość szybko. I uczyniłem z tego faktu jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic. Nie dlatego, że szkoda było mi zainwestować dychy w prężnie działający biznes. Moją motywacją było to, że właśnie tego biznesu nie chciało mi się odpalać. Chciałem jedynie dopaść fajną gierkę i skopiować na własny użytek. A przecież wiadomo, że za darmo to uczciwa cena.
W co się wówczas grało (albo - w co ja wówczas grałem)? Najbardziej utkwiły mi w pamięci pierwszy StarCraft, Diablo II, Delta Force 2, Quake III, Black & White, Baldur's Gate 2, Alien vs. Predator, Tomb Raider 2, Dungeon Siege, Heroes III oraz Clash (taki polski klon hirołsów), Warcraft III, Icewind Dale, Shogun: Total War, Civilization: Call to power, Colin McRae Rally. Owszem, większość z tej list już wówczas nie było nowymi grami - ale było to bez znaczenia. Najważniejsze, że były to tytuły, które dały mi mnóstwo frajdy.
I wówczas stało się coś, na co czekałem od lat.
.jpg)
Witamy w Bractwie Stali
Fallout Tactics: Brotherhood of Steel. Jak już wspomniałem - gra przeszła raczej bez większego echa. Recenzenci byli mocno podzieleni. Ot, choćby CDA dało jej 9/10 (numer 05/2001), Gry Komputerowe 87% (numer 05/01), tymczasem na GOLu (dokładnie, GryOnline w 2001 roku już działały) Tactics dostał 6.5/10 (recenzja z 29 czerwca 2001).
W swoim materiale na łamach CDA Anakha napisał:
Miłośnicy serii, jeżeli tylko przeboleją zmniejszenie wątku przygodowego na rzecz akcji, z pewnością będą czuli się usatysfakcjonowani. Wielbiciele Jagged Alliance też znajdą tu coś dla siebie.
Cóż... okazało się, że miłośnicy serii nie do końca przeboleli obcięcie wątku fabularnego, a fani Jagged Alliance nie kupili settingu postapo.
Ja miałem to szczęście, że bliskie mi były oba tytuły - przez co bawiłem się naprawdę dobrze. Aczkolwiek muszę przyznać, że Fallout Tactics nie był ani najlepszym Falloutem, ani najlepszą grą taktyczną.
Wydaje mi się, że Tactics dopiero po latach został doceniony przez graczy. Grafika, pomimo tych ponad dwudziestu lat na karku nie zestarzała się jakoś tragicznie. Wizualnie nadal jest nieźle, co pozwala nawet dziś wrócić do tytułu bez niezbędnego filtra z nostalgii.

Będzie, albo nie będzie
Bez dwóch zdań pojawienie się Tacticsa miało jeden bardzo pozytywny aspekt. Chodziło o powstanie pełnoprawnego Fallouta 3.
Projekt otrzymał nazwę kodową Van Buren, pod którą do dziś jest znany. Niestety średnie przyjęcie Tacticsa nie pomogło i na początku grudnia 2003 projekt został zamknięty. A razem z nim całe studio Black Isle... Zakończyła się pewna epoka. Czytając o końcu wyspiarzy czułem, że to koniec serii.
Kilka lat później dowiedziałem się, że jednak część trzecia powstanie. Ale w zupełnie nowej odsłonie.
Bethesda nie była mi studiem nieznanym. Taki Morrowind wciągnął mnie na dziesiątki - o ile nie setki - godzin. Ale Fallout w trójwymiarze? Nie mieściło mi się to w głowie. Ok, wiedziałem, że Bethesda potrafi zrobić taką grę... ale czemu odchodzić od czegoś, co działało tak dobrze?
Głupia sprawa. Nie zagrałem w Fallout 3 do dziś. Początkowo zwyczajnie stwierdziłem, że to się nie może udać i nie mam zamiaru się denerwować. Później... cóż, później się okazało, że i tak na moim sprzęcie się go nie odpali. A kiedy już bym mógł... trochę się boję, że odbiję się od warstwy graficznej... I tak F3 czeka w bibliotece już piąty rok, aż w końcu dam mu szansę.

Kasyno zawsze wygrywa
Czemu, pomimo niechęci do Fallouta w trójwymiarze sięgnąłem po New Vegas? Nie pamiętam. Ale to była świetna decyzja. Klimat klasycznych odsłon aż wyciekał z ekranu. Wątki z anulowanego Van Burena zostały z powodzeniem wplecione w historię Kuriera. Przemierzałem pustkowia Mohave z nieukrywaną przyjemnością. W przerwach pomiędzy kolejnymi rozgrywkami odświeżałem klasyczne odsłony.
Fallout New Vegas został pierwszą grą, w której zdobyłem platynę na Steamie. Od tamtej pory (czyli przez ostatnie pięć lat) ilość platyn powiększyła się zaledwie o dwie pozycje - Wiedźmina 3 oraz Jagged Alliance 3.
Przygoda w Nowym Vegas dała mi nadzieję, że pomimo zmiany technologii seria Fallout pozostanie sobą. I wtedy nadeszła kolejna odsłona. A po niej jeszcze jedna...
Feel I'm goin' back to Massachusetts
Fallout 4... no co ja mogę powiedzieć... Fabuła nie najgorsza, wykastrowane dialogi. Grafika spoko, choć już w dniu premiery nie powalała na kolana. Do tego niepotrzebne przerabianie systemu SPECIAL na... nie wiem, jak to nazwać. Niby ciągle SPECIAL, ale jakiś taki... nie przemówiło to do mnie. Podsumowując - pozycja niemal w każdym aspekcie gorsza od poprzedniczki. Pomimo tego spędziłem w niej... ponad 500 godzin...
Jak to się stało? Trochę to zasługa covidu i trzytygodniowej kwarantanny. Trochę tego, że zbyt dużo czasu spędziłem na przekształcaniu twierdzy Minutemanów w niezdobyty bastion. Trochę... nie będę ukrywał - ogólnie mi się podobało. Nie na tyle, żebym kiedykolwiek później do niej wrócił. Ale na tyle, żeby wycisnąć z niej tyle, ile tylko byłem w stanie.
Pamiętam, że długo zastanawiałem się, czemu twórcy zdecydowali się w taki sposób skrzywdzić dialogi. Pamiętam też, że pocieszałem się myślą, że finalnie nie wyszło najgorzej, a na wiele głupszych rzeczy już nie wpadną.
Bethesda za to raźnie stwierdziła "Nie? No to potrzymaj mi Nuka-Colę". I nadszedł on, cały na niebiesko. Fallout 76...

Konduktorze łaskawy, byle nie do Virginii Zachodniej
Nie będę się wymądrzał, jaka gra była, a jaka nie na premierę. Nie grałem. Jednak to, co można było o niej znaleźć optymizmem, delikatnie mówiąc, nie napawało. Liczne bugi, wołający o pomstę ogólny stan techniczny, odejście od systemu SPECIAL - taką wizja tytułu wyzierała z materiałów mu poświęconych. Do tego co rusz, to wizerunkowa wpadka Bethesdy. Szczerze, to wolałem wówczas odpalić cokolwiek innego. I, no coż... tak zrobiłem.
Na początku ubiegłego roku zmieniałem komputer. I w gratisie (a jak już ustalono - to uczciwa cena) dostałem bodajże trzy miesiące Game Passa. Hmm... Fallout 76 w abonamencie? W sumie... dlaczego nie?
A może jednak take me home?
No nie porwało mnie. Głównym uczuciem, jaki towarzyszył rozgrywce był chaos. Niby otwarty świat i można robić wszystko, ale co niby? Gdzie iść? Podobno jest jakaś fabuła, ale ginęła pośród wszelkich aktywności pobocznych, operacji, wydarzeń itp. Do tego ten dziwny system kart, który zastąpił SPECIAL z perkami. Kilka razy siadałem do rozgrywki, ale finalnie się odbiłem.
Mimo wszystko zdecydowałem się dać Falloutowi 76 kolejną szansę. Po obejrzeniu serialu poczułem zdecydowany niedosyt pustkowi. W pierwszej chwili chciałem kolejny raz wyruszyć na poszukiwanie Water Chipa, ale coś mnie jednak podkusiło. Ruszyłem w Appalachy.
Niby od poprzedniego razu wiele się nie zmieniło. Może poza moim podejściem. Nadal jest chaotycznie, ale trochę nauczyłem się tym chaosem zarządzać. System kart nadal irytuje, ale jeśli spojrzeć na niego jak na coś, co daje pewną swobodę w budowaniu postaci, to niesmak się zmniejsza do zdecydowanie akceptowalnego poziomu. Sama rozgrywka nie jest najgorsza. Liczne notatki i terminale pozwalają zagłębić się w świat Virginii Zachodniej. Poznać losy ludzi, którzy bezpośrednio po Wielkiej Wojnie starali się przeżyć i zorganizować społeczeństwo na nowo.
Możliwe, że rozgrywka w grupie otworzyłaby kolejne perspektywy - ale dla mnie jednak Fallout jest i pozostanie doświadczeniem singlowym.

Wojna. Wojna się nie zmienia
Wojna może nie, ale Fallout już owszem. Tytuł przeszedł naprawdę daleką drogę od izometrycznego, klasycznego RPG do trójwymiarowej gry-usługi w otwartym świecie. Mam jednak nadzieję, że podczas prac nad piątą częścią twórcy postawią bardziej na fabułę, niż na akcję.
Na sam koniec chciałem jeszcze wspomnieć, że wymienione tutaj tytuły to nie wszystkie gry z uniwersum Fallouta. I pominięcie brakujących nie było spowodowane niekanonicznością tychże. W końcu Fallout Tactics też nie należy do kanonu.
O Fallout: Brotherhood of Steel nie wspomniałem, bo wyszedł jedynie na konsole, a ja jestem (głównie z przypadku, nie wyboru) przedstawicielem PC Master Race. Ponadto gra ma powszechną opinię crapa. Opinię, którą nie bardzo mam jak zweryfikować. I nie do końca jestem pewien, czy miałbym na to ochotę.
Ostatni tytuł jest wyjątkowy. Mobilny Fallout: Shelter. Bardzo fajny do zabicia czasu city... to znaczy vault builder. Rozwijamy naszą kryptę, dbamy o potrzeby mieszkańców, wysyłamy ich na misje na pustkowia. Niby nic szczególnego, a potrafi wciągnąć. Dodatkowo kosztuje uczciwie (to znaczy - jest darmowy), zarówno na Androidzie, iOSie jak i na Steamie.
Mam nadzieję, że ten tekst zachęci kogoś do zmierzenia się z postnuklearnym światem Fallouta. Warto, o ile ktoś lubi takie klimaty. Gwarantuję, że nie zabraknie nawiązań do popkultury, czarnego humoru i absurdalnych żartów.
Dzięki za poświęcony czas. Niezmiennie zapraszam na twixera, gdzie można skomentować moją radosną twórczość oraz dostawać informacje o nowych wpisach. Zarówno tych frontendowych, gameingowych jak i poruszających niekoniecznie związane z technologiami tematy.
Do następnego!
